O kacu, białych myszkach, kiedy dziecko daje Ci po dupie…

Kolejny dzień nastał. Pobudka punkt 5:15/ 6/ 7:20/ 8:30 (niepotrzebne skreślić). Pierdolony dzień świstaka czas zacząć. Ile to już trwa? Od narodzin ciągle to samo. A im gorzej czuję się ja, im częściej niecenzuralnie smędzę pod nosem, żeby nie usłyszała i w mig się nie nauczyła, bo już raz powtórzyła, wtedy, gdy nie miała, tak ona jeszcze gorzej kopie mnie po dupie. Macierzyństwo potrafi skopać po głowie gorzej niż wściekły pies, jack i cosmopolitan wypite duszkiem. A i kac większy, gdy się coś schrzani…

Nieraz wypominałam sobie w głowie i plułam w brodę swoje macierzyństwo. A to że jednak nie mam tyle cierpliwości, że codziennie popełniam błędy, których noc wcześniej obiecywałam sobie nie popełniać, w cycki biłam poprawę. Że znów nie byłam konsekwentna, znów posadziłam przed telewizorem czy dałam czekoladę (w sumie poczęstowałam, bo na pocieszenie zajadałam się tabliczką, a już się ukryć nie dało). Kolejny miesiąc jestem za mało zorganizowana, cholernie słaba w te matczyne gierki z edukacją w tle, bo Samosia codziennie nie ma czytanej książeczki. W żadnym poradniku nikt nie napisał nawet słowa, że dziecko może dostać takiego szału tylko dlatego, że kromka chleba miała być sucha, a nie posmarowana masłem, a w dodatku znów odłożyłam wracanie do formy po ciąży, a to już cholerne 22 miesiące! Prędzej chyba zajdę w nową, niż wrócę do formy sprzed pierwszej ;)… (swoją drogą- jakiej formy?)

Mam prawie dwulatka w domu, a moje dni są takie same. Środa, sobota, niedziela pracuję, w pozostałe dni jestem w domu. Matka na pełen etat. Pobudka, śniadanie, rzucenie małej atomówki w kuchnię, by ogarnąć ją po dniu wcześniejszym, bo znów wieczorem sił brakowało lub najzwyczajniej w świecie zasnęłam na kanapie doprowadzając mężuna do szału, bo mieliśmy coś zaplanowane. Pranie – jedno, dwa, w porywach trzy. Zabawa na dywanie, więcej zabawy na dywanie, na kanapie, piłką, ciastoliną, kolorujemy kredkami, śpiewanie piosenek i pląsy. Po 15 minutach i pięciu zabawach później odpadam. Drzemka, obiad, wieszanie prania, spacer. Deser. W międzyczasie kawa! Kawa! Kawa! Czasami jakiś płacz się nasunie, częściej histeria, bo matka opiera się przed włączeniem telewizora.  Wyrwaniem z rutyny okazuje się spotkanie z kimś, wyjście na cały dzień z Samosią lub wjazd do którejś z babć. Co do minuty wszystko zaplanowane, choć pod przewodnictwem małej szefowej.

Masz tak samo?

Brakuje jeszcze białych myszek. Ah, wait! Mnie się objawiła jakiś czas temu, dokładnie w najgorszym możliwym momencie, kiedy to mój Luby spędzał kolejny weekend na robocie w Warszawie, ja znów zostałam sama, znów dostałam ostro po dupie w ciągu dnia od ponadrocznej mej pierworodnej, która z rąk nie chciała zejść, bo znów zła noc, znów ząbki, kolejny roczniakowy ból istnienia. Płacz w każdej możliwej chwili i to nie tylko mój. Jednocześnie fejsik objawiał zdjęcia z eventu, w którym uczestniczył Mr.G – a to z jednym znajomym fotka, a to z drugim, a to gdzieś tam podczas konkursu. Chciałam go zamordować tępym nożem. W głowie planowałam już armagedon po jego powrocie w środku nocy. Miał cierpieć tak jak cierpię ja, gdy samosina ma znów zły dzień. Pozostało mi tylko jedno – poprasować górę prania zanim wróci. Prasowałam więc, a tu nagle w kuchni coś mi przemknęło. Przemknęło za kilka minut i drugi raz. Mysz! Pierwszy raz zbagatelizowałam – pewnie z przemęczenia coś się lasuje w głowie, lepiej spać pójdę zamiast kolejne bodziaki i koszule ogarniać. Potem się popłakałam, że mam pewnie guza mózgu w zaawansowanym stadium, bo już mi halucynacje zarzuca. Napisałam do lubego, a ten odpisał „Aż tak Ci dała w kość?”. Szczęście w nieszczęściu mysz się okazała prawdziwa, gdy mój rycerz z klawiaturą i padem pod pachą wrócił, zastał mnie siedzącą na stole w dziennym i nie ruszającą się. Kamień z serca, że jednak aż tak dziecko nie dało mi do wiwatu…

Co Ci mogę powiedzieć na pocieszenie? Że to minie. Niemowlak przestanie być niemowlakiem, a mamine ręce zastąpi podłoga, gdzie odkrywać świat będzie znacznie wygodniej. Wychodzące zęby w końcu się przebiją, a później tylko będziesz wyrywać włosy z głowy by małe pacholę nauczyć je szczotkować czy by samej mu szczotkować, bo od myśli u dentysty z dzieckiem dwuletnim już się nieogolony włos na nodze jeży. Nieprzespane noce pójdą do lamusa, czasami nawet obudzi Cię to uśmiechnięte Twe dziecko wołając „AMA!” nieco później niż ze wschodem słońca. Za niedługo będą nowe bunty, nowe skoki rozwojowe, nowy szał i chęć mordu w oczach matczynych. Ja już teraz wiele rzeczy wspominam z łezką w oku…

To minie. Mówię Ci to ja – matka siedząca właśnie na podłodze w kuchni i skrobiąca na komputerze, podczas gdy Samosia śpi w pokoju obok, a zupa pomidorowa gotuje się nade mną.

Napisz komentarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz