Krystyno, nie denerwuj matki – książka recenzja

Od kiedy czeluście mej macicy spowił zlepek komórek później wdzięcznie nazwanym Samosią, a ginekolog, spojrzawszy na monitor USG, z satysfakcją krzyknął „NIESPODZIANKA”, nie miałam pojęcia o blogerkach parentingowych, co więcej – wystrzegałam się ich jak ognia wywodząc się z nurtu typowo akademickiego w myśli „tylko książka prawdę mi powie, a nie jakaś baba w internetach”. Z czasem jednak wbiłam na jeden z najbardziej znanych polskich blogów, a wraz z tym spadła lawina kolejnych. Tak trafiłam na Krysię i jej szalonych rodziców, których pokochałam od pierwszego przeczytania. Gdy więc we wsi zahuczało na wieść o książce „Krystyno, nie denerwuj matki” wiedziałam, że muszę wszystko postawić na szali i… połknąć ją nawet z fallusem z okładki w całości.

Kim jest tytułowa Krysia? To pierworodna córka Państwa Michaliny i Grzegorza Grzesiaków. Do tego jeszcze na deserek serwowany jest mały Jerzu, najmłodszy bohater. Czekałam na książkę, bo wpadając na bloga wręcz wtopiłam się w codzienność tej ekipy. Co jak co, ale tę Panią to ja łykam bez popity z całym anturażem. Michalina serwuje rzeczywistość w wersji sauté odzianą jedynie w papierek bogactwa słów, porównań i opisów, sprawiając że najgorszy życiowy zakalec (lub wpisując się w myśl autorki, stolec) staje się bardziej zjadliwy, a nierzadko zabawny. Niech Was nie zwiedzie zatem tytuł, bo nie jest to kolejny parentingowy super-poradnik traktujący o wyższości chustonoszenia, o gadżetach niezbędnych w wyprawce i spisie wydmuchanych ripost na zaczepki teściowej. To opowieść o życiu – życiu, jakie prowadzę ja, pani Kowalska, Nowak, czy jeszcze inna –ska. Egzystencji kobiety zanurzonej w mniej lub bardziej planowanym macierzyństwie , w kawalerce, szukającej swojego miejsca na Ziemi z mężczyzną u boku. Nieco warchołowaty, do bólu szczery i bezpośredni, ale poczciwy i cudowny Grzesiek to według mnie gwiazda tego tytułu. I choć to dzięki małej Krysi uczestniczymy w przemianie autorki ze zwykłej larwy w matkę-larwę, tak rudy brodacz kradnie całą scenę, nawet tę w psich bobkach. Na Grześka można się wściekać, podobnie jak autorka na dziesiątkach stron, ale jego styl bycia i bezpretensjonalność kupuję o wiele chętniej niż garnki od akwizytora. On tworzy tę książkę, historię, którą mama Rysiowa stopiła w całość.

Przyznaję bez bicia, że narracja jest ckliwa, melancholijna i pełna uniesień nad najczarniejszą, najzwyklejszą polską rzeczywistością młodej matki i partnerki. Dużo traktuje się tutaj o uczuciach, bo w nich największa magia i siła, o czerpaniu z codziennych chwil spędzonych w pokładach kołder, czy nad pierdzącym psem, o dniach wymęczonych w korpo, gdy wraca się ze śpiącym dzieckiem, by wieczór spędzić z nosem w krótkich loczkach. Ale rzeczywistość to też sięganie po własne marzenia, nawet jeżeli miesiące spędza się pod drzwiami właściciela wymarzonego domu, czy porywając się wbrew wszelkim logicznym wyjaśnieniom na drugie macierzyństwo i organizację ślubu w kilka miesięcy.
I szkoda tej wielości literówek, które potrafią niczym patyczki od szaszłyków wbić się w oczy, wraz  z kilkoma momentami w drugiej połowie, które nieco zwalniają tempo opowieści rozwodząc się chociażby nad problemami gastrycznymi psa (a może tak jak Grzesiek ja również ledwo toleruję czworonogi?). Jednocześnie sądzę, że właśnie takie jest życie – nieidealne, z wkradającymi się tu i ówdzie poprzestawianymi literami, ale z własną koncepcją oraz przytłaczającym wkurwieniem na nieogarnięcie lubego, dlatego tak doskonale wpasowują się w polskie hygge.

Płakałam, kiedy rodziła się Krysia i Jerzy, bo pamiętam co czułam ja, gdy na mojej piersi pierwszy raz położono rozkojarzoną, odzianą wyłącznie w farfocle z mych wnętrzności Samosię, miłość mojego życia. Wiedziałam dokładnie co czujesz, bo również ciąża zlała mnie po mordzie dokumentnie czyniąc obolałą, opasłą orką uprzykrzającą życie najważniejszym, i bałam się powrotu do pracy, pomimo że ja nie zostawiałam swojego Skarbu w placówce, a na panelach własnego mieszkania.

Historia bawiła mnie jak żadna, wzruszyła i drażniła, a z obserwatora stałam się trochę Waszym kolejnym domownikiem, czując jakbym nie tylko znała Was z odmętów bloga, a z szarej codzienności. „Krystyno, nie denerwuj matki” polecam z czystym sercem, mokrym krokiem i wyszczerzonymi jedynkami. A Tobie, Misia (pozwolę sobie przejść „na Ty” w końcu niejeden wieczór spędziłyśmy razem na fotelu, kanapie czy w moim łóżku), dziękuję że nie owijasz w bawełnę pierdząc o słodkim jak miód macierzyństwie i miłości do mężczyzny. Odczarowujesz poporodową kupę, życie w niewyremontowanym domu czy za 7 złotych dziennie, a czary te sprawiają, że nieco przychylniej człowiek spogląda na siebie ufajdaną dziecięcymi rzygami z niechcianym etatem na karku.

Napisz komentarz
Ten wpis został opublikowany w kategorii MATKA TEŻ KOBIETA i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz